Mirosława Buchholtz

W mojej rodzinie o Fundacji Fulbrighta i o programie stypendialnym myśli się nieodmiennie z wielkim szacunkiem i wdzięcznością.

Mirosława Buchholtz – w 1990 roku otrzymałam stypendium Fulbrighta w ramach Junior Fulbright Program. Całą procedurę kwalifikacyjną wspominam jako niezwykle przyjemną, choć wymagającą przygotowań. Trzeba było zdać egzamin GRE oraz językowy. W konsulacie amerykańskim w Krakowie była biblioteka, z której można było wypożyczyć książki – potężne tomy – podręczników GRE. O ile pamiętam, obydwa egzaminy odbywały się w oddanym właśnie do użytku Hotelu Marriott przy Dworcu Centralnym w Warszawie, gdzie w toaletach przy umywalkach stały w wazonikach różnokolorowe frezje. Ruchomymi schodami wjeżdżało się na piętro. Swoim rozmachem, kolorystyką, nowością, hotel robił wrażenie zdaje się jeszcze większe niż egzaminy. Pamiętam życzliwą gotowość profesorów rekomendujących, w tym pani prof. Marty Gibińskiej z UJ (wspaniałego naukowca, nauczyciela i człowieka – więcej takich w następnych pokoleniach, proszę) i rozmowę kwalifikacyjną, która także była miła. Pracownicy biura okazali mi wiele życzliwości w przygotowaniach do wyjazdu, za co jestem wdzięczna.

Nie był to mój pierwszy wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Pięć lat wcześniej uczestniczyłam w programie sponsorowanym przez Fundację Kościuszkowską we współpracy z Uniwersytetem Jagiellońskim. Tym razem jednak leciałam do Bostonu, czwartego w Stanach Zjednoczonych miasta pod względem liczby uczelni wyższych. Konkurencja i po drodze, i na miejscu była duża.

Uniwersytet Brandeisa, który przyjął mnie gościnnie, zapewniając pomoc już od początku pobytu, ma wyraźną tożsamość, ale okazał się miejscem otwartym na kulturową różnorodność. Nie wyliczę wszystkiego, za co należy się wdzięczność, a byłaby to długa lista. Waltham to miasto należące do Greater Boston Area, dobrze skomunikowane ze stolicą stanu Massachusetts. Uniwersytet już wtedy współpracował z innymi ważnymi ośrodkami w okolicy.  

Fotografia dwóch osób - kobiety i mężczyzny - na statku Mayflower w Plymouth, USA.
Rozmowa z „załogą” Mayflower, Plymouth, MA

W Instytucie Literatury Angielskiej i Amerykańskiej spotkałam przede wszystkim wspaniałych profesorów, takich jak Eugene Goodheart (wybitny naukowiec i dydaktyk, a przy tym dusza-człowiek), Michael T. Gilmore (niezapomniany promotor), Allan Grossmann, John Burt i wielu innych. Prowadzili wspaniałe zajęcia i byli szczerze zainteresowani tym, co studenci mieli im do powiedzenia. Ta ciekawość „młodego” świata chyba najlepiej motywowała studentów do własnych poszukiwań – skoro były dla profesury ważne. Wyniesione stamtąd lekcje zostały ze mną na wiele lat.

Nie można się było obijać. Grupy seminaryjne liczyły najwyżej kilkanaście osób. Co tydzień na każde zajęcia trzeba było przeczytać dziesiątki stron tekstów, a na moje ulubione zajęcia na temat wczesnych amerykańskich bestsellerów – jedną powieść tygodniowo. Niekiedy liczyły one 100 stron, ale bywały też 800-stronicowe. Pamiętam, że tej jednej nie przeczytałam w całości i profesor – mistrz formułowania pytań – zauważył. Nie było krzyku i krytyki, ale ja sama czułam się z tym niewygodnie i czym prędzej nadrobiłam. To była ważna lekcja, jak wiele innych. Wcale nie trzeba krzyczeć, by nauczyć studentów sumienności. Wystarczy trafne pytanie, które pokaże studentowi, że mógłby na nie odpowiedzieć, gdyby doczytał.

Nie było Internetu, jedynie kserokopiarki. Zaczynało się korzystanie z poczty elektronicznej. Własnego komputera jeszcze nie miałam, ale były dostępne w sali komputerowej. Telefonów komórkowych nie było, ale w pokoju w akademiku miałam telefon stacjonarny.

Mirosława Buchholtz na tle domu Emily Dickinson w Amherst, MA.
Przed domem Emily Dickinson, Amherst, MA

Po roku studiów dostałam się na program doktorancki. Przyjmowano wówczas 10 doktorantów, a kandydatów było około 160. Z tej liczby dziesięciorga doktorantów, połowa odpadała po roku, a w terminie kończyły na ogół dwie osoby. Pozostali pisali „arcydzieła” jeszcze przez kolejnych 10 lat. To wtedy prof. Burt (świetny poeta, którego słowa „we are not meant for death” brzmią mi w uszach do dziś) przestrzegał, żeby nie pisać arcydzieła literaturoznawstwa, bo im dłużej się je pisze, tym trudniej to arcydzieło napisać, a potem już tylko zostaje frustracja. Tym, co było dla mnie niespodzianką był wiek doktorantów. Dwie spośród tych osób to byli „emeryci” – emerytowany gastrolog i emerytowana prawniczka, którzy wreszcie mogli sobie pozwolić na luksus studiowania literatury dla przyjemności, a nie dla intratnego zawodu. Doktorat obroniłam w 1994 roku, a w 1995 roku otrzymałam stopień doktora w zakresie literatury angielskiej i amerykańskiej.

Gdy wyjeżdżałam na stypendium marzyła mi się rozprawa doktorska na temat pisarstwa Nathaniela Hawthorne’a, potem myślałam o baśni wiktoriańskiej (to pewnie pokłosie mody na epokę wiktoriańską), ale w końcu wybrałam klasyków literatury amerykańskiej. To właśnie dlatego ścisłe planowanie już na starcie tego, co się wykona – a taki wymóg stawiają dziś grantodawcy – budzi mój wewnętrzny sprzeciw, ponieważ oznacza nakładanie klapek na oczy, jak u konia.  Moja praca doktorska dotyczyła więc postaci kobiecych u Henry’ego Jamesa i Marka Twaina. Po „obronie” moi profesorowie zauważyli, że naprawdę „czuję” Jamesa, ale delikatnie zasugerowali, aby Twaina zostawić w spokoju. Tak też zrobiłam. To właśnie James stał się praktycznie członkiem mojej rodziny. Jest ze mną od tamtego czasu, sprawiając, że zapisałam się do towarzystw Jamesowskich, najpierw europejskiego, a potem amerykańskiego/międzynarodowego, potem zostałam członkiem zarządu, a w 2017 – przewodniczącą Henry James Society. Od 2023 roku prowadzę dział recenzji w czasopiśmie tego Towarzystwa.

Uczestnicy i uczestniczki Programu Fulbrighta z jego założycielem, Senatorem Jamesem Fulbrightem, wiosna 1991 r.

Na Uniwersytecie Brandeisa poznałam mojego męża, urodzonego w Berlinie Zachodnim wychowanka Canisius-Kolleg i teoretyka chemii fizycznej, który przebywał w Waltham jako postdoc. Wzięliśmy ślub w mieście Newton, MA. Zwiedziliśmy wszystkie sześć stanów regionu Nowa Anglia, podziwiając zwłaszcza jesienne kolory lasów, parki narodowe (m.in. w Maine), miejsca wypoczynku (np. Martha’s Vineyard), bogate życie kulturalne Bostonu (m.in. Isabella Stewart Gardner Museum, a „królem” Orkiestry Symfonicznej był wówczas Seiji Ozawa), domy pisarzy (w tym, Hawthorne’a, Twaina, Emily Dickinson). To były piękne dni. W 1991 roku poleciałam do Washington D.C, by uczestniczyć w konferencji stypendystów Fulbrighta, podczas której zaplanowano też spotkanie z Senatorem J. Williamem Fulbrightem i jego żoną Harriet. Jak to dobrze, że czasem zdarzają się tacy ludzie!

W mojej rodzinie o Fundacji Fulbrighta i o programie stypendialnym myśli się nieodmiennie z wielkim szacunkiem i wdzięcznością. Pobyt na tym stypendium naznaczył moje życie – na dobre, lepsze i najlepsze.

Related Posts
Loading...
Skip to content