Michał Koza

  • Natalia Kozłowska
  • Relacje z pobytu na stypendium
  • Brak komentarzy

Swoje „podsumowanie” pisze na lotnisku w Kijowie, właśnie wracam do Polski i zaczynam porządkować powoli ten niesamowity świat, który zostawiam za sobą. Mój sześciomiesięczny stypendialny wyjazd do Stanów Zjednoczonych ciężko mi porównać z czymkolwiek, co znałem wcześniej. To był dla mnie pierwszy tak długi pobyt za granicą. W tym czasie napisałem doktorat, dostałem niepowtarzalną okazję do nauki, poznałem amerykańską kulturę akademicką od środka – to wszystko prawda. Ale doświadczeń, ludzkich historii i nowych znajomości, które przyniosło te pół roku, nie da się porównać z niczym. Stypendium, wypełnione pracą na Uniwersytecie w Buffalo pod okiem mojej opiekunki prof. Ewy Ziarek (która pomogła mi w odnalezieniu się w nowym miejscu), było jednocześnie wrastaniem w lokalną społeczność i kulturę amerykańską. Nie znam lepszego sposobu na poznanie języka i na poznawanie niezliczonych sposobów życia w USA, które na każdym kroku wymykają się obiegowym stereotypom.

Nie znaczy to, że było łatwo. Nie ominęły mnie wątpliwości, początkowa samotność w nowym miejscu i nieznośna perspektywa budowania sobie życia z góry skazanego na tymczasowość. W ten sposób poznałem własne ograniczenia, które uparcie i ze wsparciem innych przekraczałem, mając w końcu potrzebny na to czas, miejsce i środki. Wyzwaniem było już wdrożenie się w najprostsze sprawy codzienności (np. taki „banał” jak korzystanie z pralni publicznych albo przemieszczanie się po rozległym mieście bez samochodu). Nieraz zastanawiałem się, czy starczy mi chęci, żeby dobrze ten czas wykorzystać, czy dobrze wybrałem miejsce, albo czy uda mi się przetrzymać nieprzeciętnie paskudne ataki zimy (w Buffalo bywa naprawdę ciężka i niebezpieczna). Tym bardziej doceniam wszystkie spotkania, konferencje, seminaria i inne „ułatwiacze” w nawiązywaniu kontaktów, na czele z kilkudniowym seminarium stypendystów Fulbrighta w Nashville. Otwartość i zaangażowanie w tworzenie tych więzi i wychodzenie poza swoje ograniczenia wymagały wysiłku, ale opłaciły się – bez wahania mogę powiedzieć, że poznałem tam ludzi, którzy pozostaną dla mnie bliscy kiedy wrócę do Polski, mogę też powiedzieć, że rozwinąłem się w zupełnie nieoczekiwanych kierunkach.

Ameryka odsłoniła przede mną wiele nieznanych mi wcześniej stron. Podczas mniej lub bardziej naukowych wyjazdów, wplatanych w realizację mojego projektu naukowego, odwiedziłem przez te sześć miesięcy ponad 20 stanów. Widziałem niedźwiedzie grizzly w Yellowstone, nurkowałem w Pacyfiku, wędrowałem po gorącym piasku Arizony i pędziłem wielopasmowymi ulicami Los Angeles, kiedy 4 lipca na niebie wybuchały fajerwerki. Samo Buffalo również okazało się wielokulturowym tyglem i miejscem pełnym odkryć. Nauczyłem się, jak różnorodnym krajem są Stany Zjednoczone, jak wiele mają wewnętrznych problemów, napięć i jak różni ludzie go zamieszkują. Spełniłem też wiele swoich marzeń – przejechałem drogę od Atlantyku po Pacyfik (i z powrotem), widziałem niezliczone dzieła sztuki, miejsca historyczne i obrazy znane z tekstów kultury, co chyba tylko wzmocniło aurę towarzyszącej im nostalgii. Tym bardziej Ameryka nie przestała mnie fascynować, a konieczność powrotu jest dzisiaj dla mnie kolejnym niełatwym wyzwaniem. Zabieram ze sobą doświadczenie na miarę the time of my life, ciesząc się z tego, że nie na wszystko byłem w stanie się przygotować, nie wszystko przewidzieć. Zabieram skończony doktorat, mnóstwo zdjęć, napisanych wierszy (to jeden z talentów, które tam rozwinąłem), wspomnień, o których na pewno będę dyskutował w nieskończoność i będę chciał się nimi dzielić. Zabieram imiona ludzi, do których będę chciał wracać.

Michał Koza w ramach stypendium Fulbright Junior Research Award w roku akademickim 2018-19 realizował 6-miesięczny projekt badawczy na University at Buffalo.

Ta strona korzysta z plików cookies do prawidłowego działania. Szczegóły znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies?
Loading...